
Jakie wydarzenia powinny mieć największe znaczenie dla siły polskiej waluty? Jeśli chcemy myśleć zdroworozsądkowo, to kluczową rolę będzie pełnił poziom deficytu budżetowego i w konsekwencji długu publicznego. Już teraz Ministerstwo Finansów spodziewa się, że deficyt w 2010 roku wzrośnie niemal dwukrotnie w porównaniu z obecnym rokiem (do 52 miliardów złotych). A to i tak przy wielu nader optymistycznych założeniach. Są jednak czynniki, które decydują o losach złotego w stopniu większym niż stan polskich finansów publicznych.
Na czoło wysuwają się tutaj przede wszystkim przychody budżetu państwa z tytułu prywatyzacji spółek Skarbu Państwa, jak PZU, Enea czy sama GPW. Przypomnijmy, że prywatyzacja Enei zakończyła się fiaskiem, niemiecki RWE wycofał się z przetargu. Firma stwierdziła przy tym, że w najbliższym czasie nie planuje zakupu Enei. Jako przyczynę podaje oczywiście skutki kryzysu gospodarczego. Potencjalni zainteresowani nabyciem udziałów w spółkach państwowych świetnie zdają sobie sprawę z tego, że Skarb Państwa postawiony jest pod ścianą. A to jest dla nich silną kartą przetargową. Kłopoty innej natury pojawiają się z kolei w przypadku sprzedaży spółek, w których głównymi udziałowcami są podmioty państwowe. Mowa tu między innymi o Polkomtelu, gdzie KGHM i Orlen rozważają możliwość zbycia swoich udziałów.
Innym ważnym czynnikiem przy finansowaniu zadłużenia jest emisja obligacji. Również tutaj sytuacja nie prezentuje się zbyt dobrze. Eskalacja problemów gospodarek państw nadbałtyckich czy też, choć już w mniejszym stopniu, Grecji lub Hiszpanii, może nadwątlić zaufanie inwestorów również do Polski. To z kolei utrudni rolowanie zadłużenia i zmusi Skarb Państwa do oferowania wyższej rentowności, zwiększając koszty obsługi zadłużenia. Podobny skutek może mieć też obniżenie naszemu państwu ratingów kredytowych na skutek chociażby wspomnianego poziomu deficytu budżetowego.
Jak do tej pory jednak polskie Ministerstwo Finansów nie ma najmniejszych problemów z rolowaniem długu. Niedawna sprzedaż obligacji z terminem wykupu w 2019 i 2029 roku cieszyła się nadzwyczaj dużą popularnością. W pierwszym przypadku przy popycie rzędu 6,15 mld złotych sprzedano papiery o wartości niewiele ponad 2 mld złotych. Dla drugiego typu obligacji wartości te wyniosły odpowiednio 1,69 mld złotych i 0,49 mld złotych. Skąd ten popyt? Odpowiedź jest dość prosta i zarazem niepokojąca. Kurs złotego w dużej mierze zależy od zachcianek czołowych banków inwestycyjnych i funduszy hedgingowych. Zdecydowana ich większość gra na umocnienie złotego. Widać to było wyraźnie chociażby 11. Listopada 2009 roku, kiedy nasza waluta (mimo braku aktywności krajowych podmiotów) poszybowała do góry. Aby nie być gołosłownym – kurs EUR/PLN na początku notowań wynosił 4,1675 PLN, a na ich zakończeniu 4,1299 PLN.
Również prognozy dużych instytucji finansowych wskazują na ich zamiary. Na koniec 2010 roku przewidują one kurs EUR/PLN nawet na poziomie 3,60. Oczywiście prognozom tym nie można w żadnym wypadku ufać. Wydaje się, że ich celem jest przekonanie rynku co kierunku zmian. Kiedy to się udaje, po zrealizowaniu ustalonego z góry poziomu zysków instytucje wycofują się z inwestycji. Warto pamiętać, że złoty znalazł się obok między innymi tureckiej liry i brazylijskiego reala w gronie najlepszych potencjalnych inwestycji na rok 2010. To przyciąga zarówno zagraniczne fundusze inwestycyjne jak i mniej doświadczonych graczy, którzy kierują się radami analityków.
Pytanie, jaki jest ten założony poziom zysków, przy jakim kursie zostaną one zrealizowane? Poziom ten może zawierać się w przedziale 3,80-3,90 złotego za jedno euro. Szyki bankom inwestycyjnym i funduszom hedgingowym pokrzyżowały zwłaszcza problemy Grecji. Po obniżeniu ratingów dla tego kraju gwałtownie osłabiła się również nasza waluta. Czy więc wielcy gracze mają zamiar w dalszym ciągu szukać zarobku na złotym? Można odpowiedzieć innym pytaniem: jakie mają alternatywy? Tymczasowy odwrót od złotego był reakcją na pogorszenie sentymentu rynkowego na całym świecie. Inwestorzy masowo wycofywali się z całych portfeli inwestycji, nie tylko z pojedynczych aktywów. Podobnie należy traktować osłabienie złotego z początku lutego. Winę ponosi już jednak nie tylko Grecja, gdzie przeciwko cięciom budżetowym chce protestować największy krajowy związek zawodowy. Również Hiszpania i Portugalia są wymieniane w jednym rzędzie wśród potencjalnych bankrutów. Dla przykładu weźmy dwa dni: 3 i 4 lutego. Dzienne załamanie kursu następuje po otwarciu handlu w Europie. Słabszy złoty to więc po raz kolejny rezultat problemów niezwiązanych bezpośrednio z Polską.
Jeśli chodzi więc o prognozę w średnim terminie, to uspokojenie sytuacji na rynkach światowych przyniesie dalsze umocnienie złotego. To bowiem jest na rękę głównym zainteresowanym – bankom inwestycyjnym, funduszom, itp. Nie zrealizowały one bowiem jeszcze swoich zysków. Potrzebują one złotego również do tego, aby skupować polskie obligacje i wziąć udział w planowanych przez MSP prywatyzacjach. Jeśli jednak popularność Polski na rynku walutowym spadnie, a banki zrealizują zyski, to jeszcze w tym roku może nas czekać gwałtowne osłabienie złotego, podobne do tego, którego byliśmy świadkami w sierpniu 2008 roku. W połączeniu z ogólną niepewnością na rynkach finansowych oznacza to, ze rok 2010 będzie stał pod znakiem dużej zmienności. Pomysły takie jak na przykład zaciągnięcie kredytu w obcej walucie nie wydają się więc rozsądne. Osłabienie złotego może też wywołać pewnego rodzaju reakcje łańcuchową. Wzrośnie bowiem nominalne zadłużenie zagraniczne kraju, droższa będzie jego obsługa. W efekcie tych i wielu innych czynników wzrośnie deficyt budżetowy, a to może skutkować dalszą wyprzedażą krajowej waluty. Skorzystają na niej z pewnością krajowi eksporterzy.
Tomasz Woźniak
Bankier.pl